„Piłkarsko mamy lepszą mentalność niż Hiszpanie i Meksykanie” – wywiad z Patrykiem Perlikowskim

22
Kwiecień
2015

Autor Akademia

Kategoria Aktualności

20150313_182017

Od początku tego roku Patryk Perlikowski jest asystentem Rafała Wisłockiego w drużynie trampkarzy starszych. Jest to dla niego pierwsza praca w roli trenera w Polsce, bo do tej pory swoje doświadczenie zbierał grając w Hiszpanii i Meksyku oraz trenując dzieci w Barcelonie. W rozmowie z nami opowiada, jak w Hiszpanii szkoli się młodych piłkarzy. – W Hiszpanii większy nacisk kładzie się na technikę indywidualną i jest to zupełnie inne podejście do treningu niż w Polsce. Teraz jednak wraz z trenerem Wisłockim, zaczynamy je wprowadzać w Akademii – opowiada.

Akademiawisly.pl: Jesteś jedną z nielicznych osób, która kończąc Szkołę Mistrzostwa Sportowego zdecydowała się pójść na studia techniczne. Jak to się stało, że trafiłeś na Politechnikę Krakowską?

Patryk Perlikowski: Po zwiedzeniu kilku lokalnych klubów doszedłem do wniosku, że wielka piłkarska kariera raczej mnie nie czeka. Chciałem związać się ze sportem, ale uważałem też, że Akademia Wychowania Fizycznego to strata czasu. Miałem tam znajomych, którzy studiowali i nie do końca byli zadowoleni. Uznałem, że pójdę na studia techniczne, ponieważ gdyby mi w piłce nie wyszło, to zawsze będzie jakiś plan B. Przy czym pomysł na studiowanie był prosty: szybki wyjazd za granicę. Po pierwszym roku trafiła się możliwość wyjazdu do Hiszpanii w ramach programu Erasmus.

Znałeś język?

– Hiszpania była moją pasją od dziecka, jestem kibicem Realu Madryt i od kiedy pamiętam moim marzeniem było wyjechanie tam. W liceum poznałem kolegę Kolumbijczyka, który zaczął mnie uczyć słówek. Nie były to regularne lekcje, ale sporo rozumiałem, umiałem też się wypowiedzieć. Przygotowując się do wyjazdu musiałem odbyć jeszcze półroczny kurs, więc jechałem mając jakieś podstawy. Jednak, będąc już tam, dojście do stopnia komunikatywnego zajęło mi trzy miesiące. Dopiero po tym okresie tak naprawdę nie miałem już większych problemów z dogadaniem się z Hiszpanami. Z tego wyjazdu najwięcej zyskałem właśnie pod względem doświadczenia. Chciałem poradzić sobie za granicą, w kraju, gdzie po angielsku ani słowem się nie odezwiesz, dlatego znajomość lokalnego języka jest warunkiem koniecznym do przeżycia.

Wyjeżdżając myślałeś o tym, żeby zostać trenerem?

Nie myślałem o tym na poważnie. Miałem dziewiętnaście lat i wydawało mi się, że o „trenerce” będę mógł pomyśleć za jakieś osiem-dziewięć lat. Natomiast tak się sprawy potoczyły, że zacząłem trenować mając 22 lata i fajnie, że udało się to tak szybko. Niemniej jednak pierwszy pobyt w Hiszpanii poświęciłem na grę w piłkę. Bez piłki żyć nie umiem, a uczelniana gra mi nie wystarczała – chciałem regularnych treningów. Jednak nie znając w Hiszpanii nikogo, nie wiedziałem zbytnio, jak szukać klubu. Pomogła mi strona agentów piłkarskich. Napisałem do kilkudziesięciu i jeden, Tomas, się odezwał i zaprowadził mnie do dwóch klubów umiejscowionych pod Walencją: Godella CF oraz FBM Moncada CF.

Nie są to popularne kluby.

– Są to drużyny z niższych lig, ale pod względem umiejętności nie odstawały od polskich pierwszoligowych. Ja, jako 19-latek nie miałem szans na grę. Kończyłem wiek juniora w Polsce i tutaj ten przeskok do piłki seniorskiej jest spory, a co dopiero w Hiszpanii. Zresztą tam też w pierwszej kolejności stawiają na doświadczonych zawodników, a młodzi wchodzą do gry powoli. Junior musi się bardzo wyróżniać, żeby zaistnieć.

DSCN0326

Można dostrzec różnice w treningach w Polsce i Hiszpanii?

– Trenowaliśmy cztery razy w tygodniu, więc jak na klub, który nie jest w pełni profesjonalny, całkiem sporo. Trenerzy największą uwagę zwracali na kwestie techniczne. Tam nie było żadnej tolerancji błędu, zagrania musiały być wykonane na milimetry. Nawet w klubie amatorskim, bo jednak złe przyjęcie piłki powoduje stratę.

Co cię najbardziej zaskoczyło, gdy tam trenowałeś?

– W Moncadzie, gdzie klub grał w V lidze, na przedsezonowej prezentacji zespołu zebrało się dwa tysiące fanów. Sam klub miał 34 drużyny sekcji piłkarskiej, od młodzików, przez drużyny żeńskie, aż do seniorów. Świetna była też baza treningowa: dwa pełnowymiarowe boiska ze sztuczną nawierzchnią oraz jedno trawiaste. To o czymś świadczy.

Przykładają ogromną wagę do szkolenia młodzieży? Skoro mają aż tyle młodzieżowych drużyn.

– Tam jest ogromna rywalizacja. Taki piątoligowy klub ma trzy drużyny trampkarzy: A, B i C. I tam nie ma awansów z trampkarza starszego do juniora młodszego, tylko z drużyny C do B i tak dalej. Jest około 40 chłopaków, na których przypada czterech trenerów. Żeby pójść „wyżej” trzeba mieć zarówno umiejętności, jak i ambicje. Oczywiście, Hiszpanie do ambitnych nie należą i na przykład my, w kwestiach mentalnych, mamy przewagę. Dodać do tego trzeba też warunki fizyczne, których nie mamy co się wstydzić. Jednak trzeba jeszcze dojść do tego, żeby tę przewagę wykorzystać. Uważam, że gdybyśmy posiadali ich filozofię sportu, to bylibyśmy dużo lepsi.

Szkoleniu młodzieży przyglądałeś się również w Meksyku. Jak tam w ogóle trafiłeś?

– Do Polski wróciłem z biletem do Meksyku, choć początkowo tylko na okres świąteczny. Jednak wyjazd do Hiszpanii mocno skomplikował moją sytuację na uczelni – zabrakło mi kilku, niezbędnych do zaliczenia roku i musiałem powtórzyć drugi rok. Decyzja została podjęta w listopadzie, więc nie mogłem już wrócić na studia – musiałem czekać prawie rok. Więc pomyślałem, że nic mnie tu nie trzyma i ruszyłem do Meksyku wcześniej.

Trudno było bez piłki wytrzymać?

– Grałem na jakimś boisku i właśnie tam spotkałem trenerów, którzy wysłali mnie do drużyny, która została założona przez byłego zawodnika meksykańskiej ekstraklasy. Zebrał on zdolnych chłopaków i trenował – mieli oni grać w nowoutworzonej drugiej lidze, jednak ostatecznie ta liga nie powstała i ta szkółka się rozpadła. Prawie osiem miesięcy spędziłem w Xochimilco, na południu Mexico City. Tam trafiłem do jednej ze szkółek Deportivo Toluca.

IMG_160152475605005

Mając 20 lat? Chyba trochę późno jak na trenowanie w szkółce.

– To był ostatni rocznik i ja akurat byłem najstarszy. Dołączono mnie do drużyny trochę ze względu na znajomości z właścicielami tej filii. To była jedna z sześciu oficjalnych szkółek ekstraklasowego klubu, trenowaliśmy tam siedem razy tygodniowo. W Meksyku struktura funkcjonowania klubu wygląda trochę inaczej niż u nas. Tam dany klub ma swoje szkółki w różnych miastach. Każdego roku najlepsi zawodnicy tych szkółek jadą do klubu macierzystego, gdzie mają testy. Przez to inaczej też wyglądają ligi na poziomie młodzieżowym. Rozgrywki toczone są pomiędzy szkółkami ekstraklasowych klubów. To tak, jakby u nas Wisła miała swoją filię w Bronowicach, a Legia w Prokocimiu i byśmy mieli mecz Wisła Bronowice vs. Legia Prokocim.

Istnieje jednak uzasadniona obawa, że w Polsce taki model by się nie sprawdził. Z prostych względów, których nie trzeba nawet wymieniać.

– Tam problemu nie ma, bo kibice nie są aż tak radykalni, jak u nas. Chłopaki grają w szkółce jednego klubu, a kibicują drugiemu. Tak właściwie jedynym takim klubem, którego nikt nie lubi jest Club América. Ich sponsorem jest Televisa, ogromna spółka medialna, produkująca masę seriali, programów telewizyjnych, itd. Pompują oni w klub ogromne pieniądze, a wiadomo, że nikt z pieniędzmi nie lubi przegrywać. Nawet po zdobytym mistrzostwie klub wypuścił koszulki z napisem „nienawidź mnie bardziej”. Ale tam jak ktoś chodzi w takiej koszulce może zostać co najwyżej wyśmiany. Raczej nie ma przejawów agresji, co najwyżej krzywe spojrzenie.

Ile łącznie przebywałeś w Meksyku?

– Ponad rok, potem postanowiłem wrócić do Europy.

Tęsknota za domem?

– Po części tak. Siedziałem tam naprawdę długo, a chciałem też dokończyć studia. Trochę zarobiłem jako nauczyciel języka polskiego, choć w szkole nienawidziłem tego przedmiotu, i w marcu stwierdziłem, że wyruszam w podróż z Meksyku do Chile. Tam miałem samolot, który w czerwcu odlatywał do Barcelony, gdzie chciałem poszukać wakacyjnej pracy.

Naprawdę przejechałeś całą Amerykę Południową?

– I do tego Amerykę Środkową. Nie udało się zawitać tylko do trzech państw: Wenezueli, Paragwaju i Urugwaju.

Historii pewnie wystarczająco dużo, żeby napisać książkę.

– Myślałem o tym, ale jednak nie byłem tam odpowiednio długo. Przygód mieliśmy sporo, przypadek gonił przypadek, bywało czasami niebezpiecznie, ale nie żałuję tego. Historii mnóstwo… W Salwadorze trafiliśmy do buszu, wioski, która była z daleka od cywilizacji. Chodziliśmy po drzewach z bliska oglądając aligatory, na obiad jedliśmy mango, a wieczorami graliśmy mecze o butelkę Coca-Coli, która była tam rarytasem – jej koszt równał się dziennym zarobkom.

Byłeś też na meczu Brazylia – Chorwacja, który otwierał Mundial.

– To ciekawa sprawa, bo będąc już w Sao Paolo byliśmy z kolegą u kresu podróży. Myśleliśmy o tym, żeby wybrać się na jakiś mecz, ale pieniądze się szybko kończyły i raczej rozważaliśmy oglądanie Mundialu przed telewizorem… Kiedy jednak nadarzyła się okazja, żeby obejrzeć mecz, za wiele nie zastanawiałem się, tylko po prostu kupiłem dwa bilety za 400 dolarów. Wydałem tym samym prawie wszystkie swoje oszczędności. Jadąc już na stadion natykaliśmy się na ludzi, którzy oferowali nam kosmiczne pieniądze za wejściówki, ale byliśmy tak „podjarani” tym meczem, że żadna odsprzedaż nie wchodziła w grę. Nastawienie było proste: pójdziemy na piłkarskie święto, a co będziemy potem – zobaczymy.

Jak wrażenia?

– Mecz może nie porwał, ale być na nim to niesamowita sprawa i pamiątka na długi czas. Rozczarowała mnie atmosfera – na pewno spodziewałem się po Brazylijczykach więcej.

Podróżowaliście drogą lądową?

– Pod koniec podróży musieliśmy się trochę pośpieszyć. Za dużo czasu zajęło nam pokonanie pierwszej połowy trasy, więc musieliśmy „przesiąść” się do samolotu. Wynikało to też z tego względu, że nie mieliśmy innej możliwości transportu się z Panamy do Kolumbii – kraje te oddzielone są dziką dżunglą. Długo szukaliśmy taniego biletu i, jak już znaleźliśmy, to okazało się, że była to „business class”. Na lotnisku trzech, wysokich białych z plecakami oraz siatkami trzymanymi w ręce, zdecydowanie odróżniało się od biznesmenów w garniturach z neseserami w dłoniach. Lecieliśmy do Bogoty, jedząc śniadanie srebrnymi sztućcami z porcelanowych talerzy.

W końcu dotarłeś do Barcelony i tą wakacyjną pracą okazało się trenowanie dzieci.

– Dostałem wiadomość od znajomego z Meksyku, że w Barcelonie jest szkółka piłkarska, która nazywa się „Fundación Marcet”. Była tam możliwość zrobienia kursu i potrenowania dzieciaków. W Polsce nie jest ona znana, ale w Hiszpanii to uznana marka, która skupia się na rozwoju indywidualnych umiejętności. Razem ze szkołą, która jest położona tuż przy boiskach tworzy kompleks. Bardzo fajne miejsce do pracy.

Jak te kursy wyglądają?

– Organizowane są latem dla dzieci w przedziale wiekowym 4-13. Dzień zaczynał się od treningu, później było śniadanie oraz basen. W godzinach popołudniowych był drugi trening, natomiast przed nim odbywał się wykład o mentalności i moralności w sporcie. Dzieci od małego są uczone szacunku do rywala, ale też kolegi z zespołu. Dzień kończył się meczami oraz wieczornymi wycieczkami.

IMG_160127958001919

Często mówi się, że zawodnicy z tamtych rejonów Europy nie należą do pracusiów. Przyglądałeś się temu z bliska i jak to podejście do treningów oceniasz?

– Coś w tym jest. Uważam, że u nas mamy lepszą mentalność. Inaczej podchodzimy do treningów. Kwestia kultury. Kiedy byłem w tej barcelońskiej szkółce, to trenowało bardzo dużo Rosjan. I pracowało mi się z nimi zdecydowanie lepiej niż z Hiszpanami, którzy, jak to południowcy, są zbyt rozkojarzeni, czują się pewniej u siebie i mają luźne podejście. Rosjanie byli skupieni na pracy, ambitni, nie odstawiali nogi, brakowało im techniki w stosunku do Hiszpanów.

To właśnie skąd się bierze ta różnica w technice, skoro jedni są leniwi a drudzy wręcz przeciwnie?

– Trening. W Hiszpanii większy nacisk kładzie się na technikę indywidualną. Jest to zupełnie inne podejście do treningu, które teraz z trenerem Rafałem Wisłockim chcemy zacząć wprowadzać w Akademii. Tam techniki uczeni są już pięciolatkowie. Co więcej – jest też tak, że przed każdym treningiem jest wstęp teoretyczny, z czym w Polsce się nigdy nie spotkałem.

Na czym to polega?

– U nas trener pokaże jak podawać i tyle, a zawodnik ma sobie sam wyczuć piłkę. Z kolei w Hiszpanii tłumaczą wszystko od podstaw i poprawiają każdy błąd. Nie patrzy się na końcowy efekt, tylko na poszczególne fazy wykonywanego ćwiczenia. Można przecież dwa razy z rzędu źle wykonać podanie, a piłka akurat trafi do celu. Ale to nie jest dobrze wykonane ćwiczenie! Tam dobrze wykonanych podań musi być 9/10 – bez tego nie pójdziemy dalej. Usłyszałem tam fajne zdanie: każde podanie, które nie przynosi korzyści jest złym podaniem.

Nie codziennie otrzymuje się zaproszenie na staż od FC Porto. Jednak do Portugalii się jeszcze nie wybrałeś. Dlaczego?

– „Fundación Marcet” na koniec każdego turnusu organizuje trzydniowy turniej piłkarski o działającej na wyobraźnię młodych chłopców nazwie „World Cup”. Przyjeżdżają tam zespoły z całej Europy: Sporting Lizbona, Juventus Turyn czy FC Porto. Właśnie z Portugalczykami dobrze się dogadywałem i poznałem bliżej dyrektora departamentu techniki indywidualnej.

Początek tej nazwy brzmi jakby to był pracownik banku. Wciąż mówimy o klubie piłkarskim?

– „Dragon Forces” (akademia FC Porto – przyp. red.) jest podzielona na kilka departamentów, które między sobą współpracują. Pół godziny przed każdym treningiem chłopcy mają zajęcia z techniki indywidualnej. Są to różne ćwiczenia, niekoniecznie analityczne. One z boku mogą wyglądać chaotycznie, jak na przykład uderzenia przewrotką, ale mają swój określony cel. Mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonam na własne oczy, kiedy skorzystam z tego zaproszenia. Na razie stopują mnie kwestie finansowe, ale gdy tylko nadarzy się okazja, to chciałbym z niej skorzystać.

 

Strona wykorzystuje pliki cookies - jeśli zgadzasz się z polityką cookies zatwierdź klikając - "akceptuję"
Akceptuję
x