„Nie wiadomo czy będzie następna szansa, dlatego trzeba wykorzystać tę, którą się dostaje” – wywiad z trenerem Michałem Janią

24
Marzec
2015

Autor Akademia

Kategoria Aktualności

qwreqwfq

Michał Jania uchodził za bardzo utalentowanego obrońcę, ale jego karierę piłkarską w brutalny sposób zahamowała kontuzja. Dlatego też woli określenie: przygoda z piłką. – Kiedyś usłyszałem, że piłkarzem można nazywać się po rozegraniu setnego meczu w ekstraklasie – tłumaczy. Od czerwca 2014 roku pracuje w Akademii Piłkarskiej Wisła Kraków jako trener trzynasto- i czternastolatków. O swojej obecnej pracy oraz przeszłości porozmawiał z redakcją akademiawisly.pl.

Wiek u młodego trenera pomaga w kontaktach z zawodnikami?
– Na pewno to nie przeszkadza. Dużo łatwiej mi jest zrozumieć niektóre zachowania, czuję się dobrze wśród nich, a dzięki temu wiekowi wydaje mi się, że łatwiej mi z nimi porozumieć.

A z rodzicami?
– Nie ma z tym problemu. To ja jestem szefem. Jednak mam szacunek do rodziców, bo to oni są głównymi mecenasami tych dzieci i gdyby nie oni, ich wolny czas, logistyka oraz pieniądze, to wielu z nich nie trenowałoby w Wiśle. A wiem o tym doskonale bo moi rodzice również stawali przed takim samym wyzwaniem, jak rodzice tych chłopaków. Dlatego wiem, że należy im się szacunek.

Trenerowi też, a z tym różnie bywa w młodzieżowej piłce.
– Jestem głównym trenerem i jeszcze, nie zdarzyło mi się, żeby ktoś próbował wpłynąć na moją decyzję, ale trener też jest osobą wrażliwą. Jestem młody, popełniam błędy i cały czas się uczę pewnych rzeczy. Każdy lubi słyszeć pochwały, ale krytyka też jest potrzebna pod warunkiem, że jest konstruktywna. Przykre dla mnie jest to, że trener pracujący z dziećmi oceniany jest najczęściej przez pryzmat osiąganych wyników, w szczególności przez rodziców. Nie mówię, że wynik nie jest istotny, ale na pewno nie powinien być wyznacznikiem umiejętności młodzieżowego trenera.

Praca z dwoma rocznikami znajdującymi się obok siebie to sprzyjający fakt?
– I tak i nie. Jeśli chodzi o organizację pracy to jest to bardzo trudne z tego powodu, że zarówno rocznik 2001, jak i 2002 wymagają dużej opieki i zaangażowania. Są na takim etapie, że to już nie jest zabawa z piłką, tylko coś więcej i wiem, że kończąc trening nieraz powinienem z nimi siąść i omówić pewne sprawy na bieżąco, ale często nie mogę, ponieważ muszę już iść na drugi trening. Do tego dochodzą wszelkie sprawy organizacyjne, takie jak mecze czy różne wyjazdy, więc mam tego podwójnie. Natomiast sprzyjające jest to, że mogę sobie rotować zawodników pomiędzy rocznikami.

Łatwo w takiej sytuacji o faworyzowanie jednej grupy.
– Nie mogę sobie na to pozwolić, byłoby to niesprawiedliwe. Mógłbym jednym dać 80%, drugim 20%, ale nie o to chodzi. By nikt nie czuł się faworyzowany, w przypadku, gdy w jednym terminie grają obydwa roczniki zazwyczaj jadę tam gdzie jest dalej, albo dostosowuje się do trenera zastępującego. Jeśli mam wpływ na terminy, godziny spotkań robię wszystko by jakoś to pogodzić między rocznikami. Tylko tak jak mówię, dochodzi czasami do takich sytuacji, że nakładają się na siebie terminy i w żadnym roczniku nie wygląda to tak jak powinno. Wtedy się zastanawiam czy brać zastępstwo i skupić się na jednym roczniku czy też być tu i tu, ale spóźnionym.

Czyli pracy przy dwóch rocznikach jest dużo?
– Jest dużo pracy, a trener nie pracuje tylko dwie godziny dziennie prowadząc trening. Prowadzenie treningu to jest akurat największa przyjemność, którą inni widzą i mogą ocenić. Najwięcej pracy wykonujemy wtedy, gdy nikt nie widzi. Można powiedzieć, że mam tylko pracę w szkole i tylko dwa roczniki, ale pracy przy nich jest sporo.

Fot. Krzysztof Porebski
Michał Jania w czasie wręczania nagrody zawodnika miesiąca swojemu podopiecznemu Kamilowi Rokoszowi. 

Więc, na czym skupiacie się na treningach?
– Przede wszystkim nad indywidualnymi umiejętnościami technicznymi. To jest coś, co powinno być głównym atrybutem tych chłopaków i bez tego nie pójdą dalej. Nie mając opanowanych umiejętności technicznych na wysokim poziomie nie będzie można realizować innych rzeczy, np. taktycznych. Pracujemy też nad motoryką – specjalistą w tej dziedzinie jest Malwina Całka. Choć jako, że jest z nami tylko raz w tygodniu, to ustalamy wspólnie plan działania i wykonujemy ćwiczenia, które nam nakreśla.

Twoje doświadczenie z kariery piłkarskiej…?
– Nie. Przygody z piłką. Karierę to robią piłkarze, a kiedyś usłyszałem, że piłkarzem staje się po rozegraniu stu meczów na poziomie ekstraklasowym.

Więc doświadczenie z przygody z piłką przekłada się na taką chęć nauczenia tych chłopaków czegoś więcej? Mamy wrażenie, że osoba kończąca grę w piłkę w młodym wieku, najczęściej przez kontuzje, ma świadomość, co zrobiła źle i będąc trenerem jest jej łatwiej, bo wie, co robiła wcześniej źle.
– Jeżeli chodzi o moją, podkreślam, przygodę – wiem, czego mi brakowało w momencie kiedy stanąłem przed szansą zrobienia kariery. Mimo braków, jednak, miałem tę szansę. I wiem też, że inne rzeczy mogły się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby profilaktyka odnośnie kontuzji została wprowadzona wcześniej. Czyli coś, co wprowadzamy już teraz w Akademii. Byłem wciągnięty w wir dużych obciążeń, jako młodszy zawodnik byłem brany do starszych roczników, grywałem ze starszymi, wymagania też były większe, obciążenia w treningu również.

Czyli po prostu byliście wyeksploatowani?
– Nie nazwałbym tego tak. Wydaje mi się, że zabrakło zindywidualizowania treningu. Moje problemy z kontuzjami to nie tylko to kolano, ale też wiele innych mniejszych urazów. Myślę, że może był to efekt zbyt dużych obciążeń w wieku dorastania. Zdaję sobie sprawę, że te grupy, które prowadzę muszę w pewien sposób rozważnie prowadzić, bo to będzie miało późniejszy wpływ na ich zdrowie. Taki przykład: mój rocznik, w którym występował również trener Patryk Jałocha, dominował w Krakowie i osiągał w Polsce świetnie wyniki. Nikt z nas obecnie nie gra w piłkę.

Czego zabrakło?
– Zdrowia i na pewno umiejętności.

Nie mieliście żadnej kontroli nad obciążeniami treningowymi?
– Tylko jak to kontrolować? W tych warunkach, w których pracujemy możemy jedynie racjonalnie rotować składem. Tych turniejów, treningów czy innych gier było po prostu dużo i w jakiś niekontrolowany sposób, osoby wyróżniające się były eksploatowane. Teraz zwracam na to uwagę, by rozkładać racjonalnie grę na wszystkich zawodników, z naciskiem na tych wybijających się. To jest ważne, aby robić to z głową. Uważam, że coś w tym doborze obciążeń musi być, bo z czterech osób które „ciągnęły grę” rocznika, trzy skończyły borykając się z kontuzjami, czwarta gra do dziś w trzeciej lidze.

3

Mogło być zupełnie inaczej. W wieku 17-stu lat zgrupowanie z pierwszą drużyną, epizody w Pucharze Ekstraklasy, Mistrz Młodej Ekstraklasy, powołanie do kadry młodzieżowej i nagle coś się urwało.
– Treningi za trenera Adama Nawałki to był pierwszy epizod z pierwszą drużyną. To była całkowicie inna Wisła, wtedy kilka tygodni wcześniej oglądałem tych samych piłkarzy w telewizji z Feyenoordem Rotterdam i nawet mi przez myśl nie przeszło, że niedługo będę mógł siedzieć z nimi w szatni i jechać na obóz do Turcji. Ciekawe doświadczenie, byłem kompletnie nieprzygotowany mentalnie.

Jak się wchodzi do takiej szatni?
– Jeśli chodzi o „wejście” do szatni to wiadomo, znałem swoje miejsce, a że było nas kilku młodych to trzymaliśmy się razem. Najwięcej wskazówek udzielał Maciej Stolarczyk, który wtedy był kapitanem.

Później rezerwy oraz Młoda Ekstraklasa, Puchar Ekstraklasy.
– Byłem najmłodszym zawodnikiem w tej naszej mistrzowskiej drużynie. Zagrałem pięć spotkań, co wydawało mi się, że przy dużej konkurencji było niezłym wynikiem, choć mogło być lepiej. Kolejny epizod w pierwszej drużynie, był już za trenera Macieja Skorży. Trzy razy wszedłem w PE, odbyłem kilka treningów w okresie przygotowawczym i… wydawało mi się, że jestem młody i mam czas, dostanę kolejną szansę. Teraz wiem, że to złe myślenie. Nie wiadomo czy będzie następna szansa dlatego trzeba wykorzystać tę, którą się dostaje. Zrozumiałem to, ułożyłem sobie w głowie, i zakładałem, że następną szansę treningów z pierwsza drużyną wykorzystam by zostać tam na dłużej. Niestety, doznałem kontuzji.

Pojawiło się też powołanie do reprezentacji U-19.
– Najpierw pojechałem na konsultację, z której przebiłem się i dostałem się na turniej na Słowacji. Zadebiutowałem z Chorwacją, później zagrałem jeszcze z gospodarzami, posiedziałem na ławce z Francuzami i więcej nie udało mi się zagrać. Choć wtedy jakiś niedosyt pozostał, bo nie czułem się gorszy od tych chłopaków.

Jak doszło do kontuzji?
– W okresie przygotowawczym podczas meczu sparingowego z Sandecją Nowy Sącz doznałem skręcenia stawu kolanowego. Po trzech miesiącach miałem pierwszą operację, po czterech drugą oraz rekonstrukcję więzadeł, a po dziesięciu miesiącach wróciłem do treningu. Pojechałem na kolejny obóz, na którym znowu doznałem urazu tego samego kolana – pękła mi łąkotka. Przeszedłem trzecią operację i wciąż się rehabilitowałem – przed operacją, po i tak w kółko. Duża próba charakteru, duża walka o powrót do gry. Wróciłem do zdrowia, do gry na poważnym poziomie już niestety nie.

Jest żal, że tak się to potoczyło?
– Nie ma, tak musiało być i tyle. Czasami się zastanawiam, jakby się to potoczyło, gdybym w tamtym momencie nie doznał kontuzji bo uważam, że byłem w super dyspozycji, a kilka tygodni później Wisła miała pierwsze problemy kadrowe (mecz z Levadią Tallin w eliminacjach Ligi Mistrzów) i kilku kolegów dostało szansę na dłuższe treningi z pierwszą drużyną.

Górnik Wieliczka to była już ostatnio próba powrotu do poważnej piłki?
– Po tych wszystkich miesiącach rehabilitacji miałem dużą chęć by dać sobie spokój. Nienawidziłem tej siłowni pod trybunami na stadionie, w której przebywałem dzień w dzień i się rehabilitowałem. Jednak z gry w piłkę nie da się wyleczyć, dlatego wylądowałem w trzecioligowym Górniku Wieliczka. Trenowałem od poniedziałku do czwartku, a w weekend nie mogłem grać, bo się pojawiał płyn w kolanie. A jak mi odpuszczał trener dwa treningi w tygodniu, to było to niesprawiedliwe wobec pozostałych zawodników. Wolałem zrezygnować. Chciałbym też zaznaczyć, że inaczej się rehabilituje człowiek, który ma wsparcie finansowe, dostęp do fizjoterapeutów, a inaczej osoba, która musi iść na studia, do pracy a później powalczyć o zdrowie do swojej pasji. Będąc w Wiśle byłem na kontrakcie i walczyłem o powrót, w Górniku musiałem „dokładać do interesu”, to też mi dało do myślenia czy to ma sens.

Niewielu z tych mistrzów Młodej Ekstraklasy gra obecnie w piłkę choćby na pierwszoligowym poziomie, wybili się pojedynczy piłkarze, a niektórzy pokończyli już kariery.
– Nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego tylko nielicznym się udało. Każdy przypadek zapewne był inny. Jednym brakło zdrowia, a innym „głowy”, jeszcze innym po prostu umiejętności. Mogę powiedzieć o sobie: u mnie nie było tego zdrowia, ale też na pewno umiejętności by wskoczyć na wyższy poziom przed kontuzją. Większość nie odnalazła się również w innym otoczeniu. Ciężko było się przebić wtedy w Wiśle, chłopaki trafili do niższych lig i nie udało się im odbić – dali sobie spokój.

1

Jeżeli mielibyśmy opisać trenera Janię, to na pewno użylibyśmy słowa „spokojny”, tymczasem mówi się, że Jania-piłkarz był tym od robienia atmosfery w drużynie.
– Ogólnie spokojnie podchodzę do tego, co się dzieje, może dla niektórych za spokojnie, czasami się zdenerwuję, ale rzadko. Jestem zdania, że atmosfera w której się pracuje jest bardzo ważna. Zdecydowanie łatwiej się coś przyswaja, jeżeli jest przyjazny odbiór osoby prowadzącej. Druga sprawa: jeżeli będę krzyczeć to, czy to coś zmieni w umiejętnościach chłopaków? O to czy robiłem atmosferę w szatni, trzeba byłoby pytać tych co w niej przebywali.

Praca z młodzieżą to przystanek do piłki seniorskiej?
– Nie mówię nie bo kiedyś podczas jednego z pierwszych wywiadów zapytano mnie o studia i odpowiedziałem – raczej nie, a jak już to na pewno studia niezwiązane ze sportem, a ukończyłem dwa kierunki właśnie ze sportem związane. Chciałbym jednak zostać przy młodzieży, jednak różnie bywa. Idealnie byłoby znaleźć kategorię wiekową w której najlepiej bym mógł się dzielić swoją wiedzą. Nie ukrywam, że są to moje pierwsze doświadczenia z trampkarzami i w porównaniu z wrześniem już się wiele zmieniło. Dalej jednak uważam, że po ośmiu miesiącach pracy, nie poznałem jeszcze zbyt dobrze obu moich drużyn. Na szczęście trenerzy, którzy do tej pory pracowali przy tych rocznikach,  trenowali je odpowiednio, dzięki czemu mam dwie dobre grupy.

Czego można się nauczyć w Akademii Coerver® Coaching, w której pracowałeś przed powrotem do Wisły?
– Metoda treningu Coerver’a bazuje na przekonaniu, że żadna drużyna i taktyka gry nie są w stanie istnieć i osiągać sukcesów bez indywidualności, które je tworzą. Po okresie spędzonym w tej Akademii, mam świadomość, że obecna gra zespołu, sposób zwycięstw jest mało ważna w porównaniu do tego, jak prezentuje się dany zawodnik. Gotowość mentalna i techniczna – to jest główny wyznacznik tego, czy w przyszłości sobie poradzi. Jeżeli dobrze osoba funkcjonuje w zespole, to musimy zastanowić się czy w innym również sobie poradzi. Widzę to po swojej przygodzie z piłką: za dużo było osób, które dobrze funkcjonowały w drużynie, ale nie przebili się bo brakowało podstawowych umiejętności.

Do południa prowadzisz zajęcia w szkole, popołudniu zajmujesz się młodzieżą w Wiśle. Sporo obowiązków? 
– Doceniam pracę, jaką mam, ponieważ wiem, co robiłem rok czy dwa lata temu i zdaję sobie sprawę jak to wyglądało. Pracowałem dorywczo, studiowałem, a później jechałem prowadzić trening. I teraz mam ten komfort, że robię to, co lubię pracując z młodzieżą w szkole i w Wiśle Kraków.

 

Strona wykorzystuje pliki cookies - jeśli zgadzasz się z polityką cookies zatwierdź klikając - "akceptuję"
Akceptuję
x