Marcin Pluta: „Jedno pozostało bez zmian: trenerzy, nauczyciele czy rodzice są mądrzejsi niż się młodym wydaje”

25
Kwiecień
2017

Autor Akademia

Kategoria Aktualności / U-16

BAZ04182017-5728

Bardzo dobrze poczynia sobie Wisła Kraków 2001 w Małopolskiej Lidze Juniorów Młodszych. Jej trenerem od lipca jest Marcin Pluta, który od małego związany jest z krakowskimi klubami. Zaczynał w Hutniku Kraków, później przez kilka lat był kapitanem w drugoligowej Garbarni Kraków. Teraz, już z perspektywy trenera szesnastolatków, opowiada o swojej przygodzie z piłką, w której zagrał blisko 300 meczów.

Jesteś z Witowa, więc jak w takim razie w młodym wieku trafiłeś do Hutnika Kraków, klubu oddalonego o ponad 40 kilometrów?
– Akurat to był jedyny klub w pobliżu, który prowadził zajęcia dla młodszych zawodników. Lubiłem grać w piłkę, chciałem się rozwijać, pojawiła się szansa, więc spróbowałem. To były lata 90., a ja chciałem pójść gdzieś, gdzie będzie profesjonalizm, jak na tamte czasy.

I jak było?
– Byłem zadowolony. Było inaczej niż na zajęciach wychowania fizycznego, a tylko tam miałem do czynienia ze sportem, jeszcze podczas gier podwórkowych. Patrząc teraz w pewnym sensie był folklor, ale wtedy wydawało mi się to wszystko profesjonalnie. Trener, zadania boiskowe, sprzęt, piłki. To wszystko było, a u młodego chłopaka działało na wyobraźnię.

I tak codziennie dojeżdżałeś 40 kilometrów?
– Byłem dokładny, skrupulatny. To też nauczyło mnie rzetelności. Musiałem mieć wiele wyrzeczeń: od razu po szkole z torbą jechałem na trening, wracałem po 20:00, a rano trzeba wstać do szkoły. Trenowaliśmy trzy raz w tygodniu. Pomimo odległości mój zapał ani przez chwilę nie opadł. Od 9. roku życia jeździłem sam i pamiętam nawet pierwszą przygodę. Przyjechałem do Krakowa i tata miał na mnie czekać po pracy. Niestety wtedy nie było smartfonów, więc rano ustaliliśmy na którym przystanku będzie czekał i tam mieliśmy się spotkać. Okazało się jednak, że ja czekałem na złym, po zorientowaniu się, zacząłem go szukać i on też stał w niewłaściwym miejscu. Na pierwszy trening się spóźniłem. Szybko musiałem wejść w ten etap dorosłości, ale to też były inne czasy.

Hutnik to była wtedy drużyna w zupełnie innym położeniu.
– AS Monaco przyjeżdżało tutaj na Suche Stawy, żeby grać z Hutnikiem w Pucharze UEFA. To był też jeden z lepszych klubów, jeśli chodzi o szkolenie zawodników w Polsce. Wielu zawodników z reprezentacji Polski pochodzi stąd, sukcesy na szczeblu młodzieżowym: wice- i mistrzostwo juniorów. Z najbardziej znanych obecnie miałem styczność z Michałem Pazdanem, który trenował w roczniku młodszym.

baz09112016-1086

I potem, w końcówce wieku juniorskiego, zmiana na Garbarnię.
– Trochę z przymusu, trochę z sytuacji jaka była w Hutniku. Byłem też zdeterminowany, żeby trenować regularnie. Koledzy namówili mnie, żebym spróbował właśnie tam i poszedłem, załapałem się. Zacząłem od drużyny juniorskiej, ale szybko wskoczyłem do czwartoligowych seniorów. Tak się złożyło, że przepis młodzieżowca działał na moją korzyść, dzięki temu miałem sporo szans grania. Przeskok między wiekiem juniorskim, a seniorskim jest spory, nawet na czwartym poziomie rozgrywkowym, ale też człowiek po czasie się adaptuje. Nigdy nie byłem kimś, kto się wyróżniał w juniorach, ale na poziom centralny doszedłem.

Pierwszy mecz w seniorach?
– Oficjalny? Wszedłem na kilkanaście minut bodajże przeciwko Proszowiance. Natomiast mój pierwszy mecz w seniorach to akurat sparing z Widzewem Łódź. To był szybki test dojrzałości piłkarskiej, który niekoniecznie zdałem. Grałem na boku obrony, a skoro naprzeciwko mnie wyszedł Rafał Pawlak, mający 355 meczów w ekstraklasie, to można było się wiele nauczyć. Skończyło się 1:4, ale trafił się bardzo wymagający rywal i chłopak, który wszedł z juniorów mógł się zakręcić. Do pozytywów tego występu zaliczyć trzeba, że nie straciłem zaufania u trenera czy też chłopaków z drużyny. Wtedy prowadził nas trener Kmiecik zresztą. Garbarnia to taki zapomniany klub, ale powoli wstaje z kolan, o czym świadczy między innymi nowa baza treningowa. Wielu uznanych w Małopolsce ludzi związanych z piłką pracowało w tym klubie.

Garbarnia była przez chwilę w drugiej lidze, ale słabo wam szło.
– Każdy sezon to była walka o utrzymanie. Była taka kadra, jak nie inna, na tyle nas było stać. To była fajna przygoda, ale niestety nie mogliśmy grać u siebie, tułaliśmy się po obiektach Hutnika czy Wawelu.

Plus psikus, że w ostatnim waszym sezonie połowa liga spadała.
– Trafiliśmy na ciekawą reformę, w której tylko osiem drużyn zyskiwało utrzymanie, więc żeby się utrzymać musieliśmy tak właściwie grać o awans. Pamiętam, że wtedy przytrafiły się nam bardzo dobre cztery mecze pod koniec rundy jesiennej i nadzieje na pozostanie w gronie drugoligowców pozostały. Potem jednak powietrze wyparowało. Wiary, motywacji i determinacji po dwóch porażkach zabrakło. Z tamtych sezonów wspominam specjalnie mecz z Radomiakiem Radom, gdzie przy trzech tysiącach kibiców zagraliśmy na ciężkim terenie bardzo dobry mecz, zdobyliśmy trzy punkty, a ja zdobyłem bramkę po centrostrzale.

Jak oceniasz poziom ówczesnej drugiej ligi? Dało się odczuć profesjonalizm?
– Były kluby, które przerastały tę ligę. Ale większość meczów to dużo walki, istotne były cechy wolicjonalne, z perspektywy czasu uważam, że mogliśmy wtedy więcej osiągnąć. Ja mogłem dać więcej z siebie. Pewne rzeczy człowiek uświadamia sobie z wiekiem. Ja będąc po drugiej stronie barykady, przekazując wiedzę chłopakom z którymi pracuję, widzę ile błędów popełniłem. Wtedy nie wiedziałem, nie wiem, może nie uświadomiono mnie, może mniej analizowałem. Teraz wiedzę mam, ale mam też swoje lata.

BAZ04222017-7722

W młodym wieku zostałeś kapitanem Garbarni.
– Akurat wtedy kiedy zostałem kapitanem była grupa ludzi, która za bardzo nie chciała się podjąć tego. W wyborach przed rundą byłem trzecim w kolejce, ale jakoś tak się złożyło i losy tak się potoczyły, że te dwie pierwsze osoby nie mogły jednak wziąć opaski, więc spadła ona na moje ramię i została do końca.

Nigdy nie było oferty z wyższej ligi? W rozmowie z Gazetą Krakowską mówiłeś, że brakowało ci menadżera.
– Menadżera, może też umiejętności? Były testy w Górniku Zabrze, ale to była bardziej przygoda, fajne doświadczenie. Mogło być coś z tego, gdybym zagrał na wyższym poziomie, ale potoczyło się tak, jak jest i tyle.

Poroniec Poronin – przygoda czy gra w piłkę?
– Jedno i drugie. Ciekawe miejsce i współpraca z bardzo dobrymi piłkarzami. Warto było przeżyć taką przygodę, żeby poznać tych chłopaków. Wydaje mi się, że brakło takiego doświadczenia. Drużyna budowana była nazwiskami, przepychem, a niekoniecznie wizją. Jednak miło to wspominam i cieszę się, że tam trafiłem.

Praca w A-klasowych Rybitwach? Patrząc na bilans chyba porażka.
– Pierwszy raz miałem styczność z prowadzeniem drużyny seniorskiej. Początkowo moje zaangażowanie i podejście przekładało się na grę tych chłopaków i, może to brutalnie zabrzmi, wyniki, bo oni uczestniczyli w treningach, trenowaliśmy dobrze, więc byliśmy wysoko w tabeli. Z czasem i coraz gorszą frekwencją na treningach stawało się to uciążliwe. Czasami wyglądało to tak, że musiałem dzwonić do chłopaków i przypominać o meczu. Czara goryczy przelała się po drugim meczu rundy wiosennej, podziękowałem.

Ciężko pogodzić pracę w Wiśle z treningami w Unii?
– Trenuję tyle, ile mogę. Rozmawiając z ludźmi w Oświęcimiu mówiłem, że na pierwszym miejscu jest praca w Akademii, zaakceptowali to i na razie nie ma problemów. Kiedy mogę to jadę, tam ogólnie dużo osób pracuje i nie zawsze jest w stanie być na treningu.

Poziom piłki juniorskiej na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat da się porównać bez obrażania przeszłości?
– Gdybyśmy omijali szkolenie i coraz bardziej zaawansowane tematy taktyczne to uważam, że obecni zawodnicy są zbyt wygodni. Za moich czasów jedyna rozgrywka to było wyjście na trening. Teraz, może zabrzmi to zbyt banalnie, mamy problemy z aktywnością. Ma to przełożenie na jakość nie tylko w piłce nożnej. Gdybyśmy mieli społeczeństwo w połowie tak aktywne jak 20 lat temu to mielibyśmy urodzaj dobrych piłkarzy. Zmienił się dostęp do różnych atrakcji, niekoniecznie sprzyjających trenowaniu, co też przyciąga uwagę chłopaków. Jedno pozostało bez zmian: trenerzy, nauczyciele czy rodzice są mądrzejsi niż się młodym wydaje.

Rozmawiał Piotr Truchlewski

 

Strona wykorzystuje pliki cookies - jeśli zgadzasz się z polityką cookies zatwierdź klikając - "akceptuję"
Akceptuję
x