„Jeżeli chcemy coś fajnego osiągnąć później to trzeba zacząć od najmłodszych”

14
Lipiec
2016

Autor Akademia

Kategoria Aktualności / Grupa naborowa / U-7

Gerald Imiolek

Od nowego sezonu grupę naborową oraz Wiślackie Skrzaty prowadził będzie Gerald Imiolek. Urodził się we Francji, a po 20 latach wrócił do Polski by realizować się jako trener. Zagranicą grał m.in. w FC Metz, był też w akademii federacji francuskiej, do której został wybrany z blisko 2000 kandydatów. Jest też skautem PZPN na Francję. Między innymi o tym, ale też o sobie i swojej przeszłości, opowiedział w rozmowie z redakcją akademiawisly.pl.

Pochodzisz z Francji. Jaka się z tym wiąże historia?
– Moja mama jest Polką, a tata ma polskie korzenie. Jego rodzice przyjechali do Francji po I Wojnie Światowej. Moi rodzice poznali się w Polsce, to były ciężkie czasy, więc wyjechali do Francji, a ja się już tam, w Metz, na północnym-wschodzie Francji, urodziłem.

Mówisz nawet z podobnym akcentem do Grzegorza Krychowiaka.
– (śmiech) Tylko historia jest odwrotna. Jestem w Polsce od 8 lat, mam podwójne obywatelstwo.

Urodziłeś się w polskim domu, ale dorastając w środowisku francuskim pewnie używałeś języka w którym łatwiej było się dogadać.
– Podobno pierwsze moje słowa były po polsku. Zawsze mówiłem w ojczystym języku, ale dopiero po tym jak zacząłem się go uczyć, zdałem sobie sprawę, że robię to bardzo przeciętnie. Tata urodził się we Francji w polskiej rodzinie, ale wiadomo, że to język francuski jest u niego na lepszym poziomie niż polski. Uczyłem się polskiego od niego, a tata mówiąc popełniał sporo błędów, choćby tworząc polskie wyrazy na bazie francuskich słówek. Także brak znajomości polskiej gramatyki u taty miał wpływ na to, że sporo jego błędów powielałem ucząc się gdy mówił. Uczyłem się na uniwersytecie i widziałem braki, ale mając podstawy szybko się nauczyłem. I chyba całkiem dobrze się ze mną można dogadać? (śmiech)

Więc Francja to przede wszystkim gra w piłkę, tak?
– Spędziłem tam ponad 20 lat i głównie grałem w piłkę. Przez rok byłem zawodnikiem akademii FC Metz, przez dwa lata trenowałem w akademii Federacji Francuskiej. Nie wyszło tak jak oczekiwałem, dlatego wróciłem do gry w klubach amatorskich. Miałem tez kilka występów w reprezentacji regionalnej, ale nie udało się przebić wyżej. Zrezygnowałem, żeby skupić się na studiach, a potem znalazłem się w Polsce.

Jak wygląda akademia federacji francuskiej?
– Jest kilka ośrodków: główny i zarazem centralny znajdujący się w Paryżu to Clairefontaine, na północy w okolicach Lens, a we wschodniej części w okolicach Nancy i ja tam byłem. Trenował tam również Ludovic Obraniak, tylko on był w starszym roczniku. Spędziliśmy tam razem rok. Wygląda to tak, że przez cały tydzień trenujesz w ośrodku, a na weekend wracasz do klubu żeby grać mecze.

I chyba z Ludoviciem jesteście kumplami.
– Tak, mieliśmy kontakt będąc tam. Później wznowiliśmy go, gdy został powołany do kadry Polski. Od czasu do czasu wysyłamy do siebie smsy, co słychać.

Tam główny trenowany aspekt to technika?
– Od 13. do 15. roku życia codziennie treningi, bardzo profesjonalne podejście, nacisk na technikę. Współpraca ze szkołą tak, aby wszystkie lekcje odbywały się rano, a wszystkie zajęcia w ośrodku popołudniami. Było to super doświadczenie.

Jak można było się tam dostać?
– Selekcja była ogromna, było ponad 1000 kandydatów na testach, po pierwszej turze zostało 200, a w następnej turze zostało już tylko 50. Później w ostatniej turze spędziliśmy razem tydzień, po czym wyselekcjonowana została ostateczna 20 zawodników, w tym ja.

Mimo wszystko coś nie wyszło?
– Byłem w FC Metz, bardzo mi się podobało, ale słyszałem głosy, że inne zawodowe kluby się mną interesują. Chciałem dać sobie szansę, sprawdzić się w innym klubie, więc wróciłem do amatorskiego klubu, bo z FC Metz nikt mnie nie chciał puścił. Chciało mnie Nancy, z którym potem Wisła grała w Pucharze UEFA. Niestety, jedna obserwacja wypadła źle i na tym się skończyło. Później miałem testy w klubach drugoligowych, ale nic z tego nie wyszło.

Ale otarłeś się o poważną piłkę
– Na poziomie młodzieżowym tak. We Francji akademie starają się ściągać zawodników w wieku 13-15 lat, żeby móc ich jeszcze ukształtować. Mając 19 lat wiedziałem, że szanse na dostanie się do jakiejś akademii są małe, wiec zdecydowałem się skupić na studiach i planować przyszłość.

I potem połączyłeś studia z przyjazdem do Polski?
– Tak, dokładnie. Zdałem maturę we Francji i nie wiedziałem co dalej robić. Doradzano mi, żebym spróbował czegoś nowego, więc zacząłem studiować transport we Francji. Jednak zawsze ciągnęło mnie do Polski. Jestem dumny ze swoich korzeni i zawsze miałem dobre wspomnienia z wyjazdów z rodzicami. Często bywaliśmy u babci, która jest z okolic Hrubieszowa, 50 km od Zamościa.

Poczułem, że te studia mnie nie interesują. Zastanawiając się, co kocham oprócz piłki nożnej uświadomiłem sobie, ze jest to Polska. Wtedy mówiłem słabo po polsku, dlatego przez dwa lata, zacząłem się intensywniej uczyć na uniwersytecie, a na trzecim roku wyjechałem do Warszawy, żeby dokończyć naukę. Tak zaczęła się moja przeprowadzka do Polski.

I jak to później wyglądało?
– Skontaktowałem się z sekcją monitoringu Polskiego Związku Piłki Nożnej, która nie miała skauta na Francję. Napisałem do nich, spotkałem się z Maćkiem Chorążykiem, szybko znaleźliśmy wspólny język i tak zaczęła się moja przygoda z piłką nożną w Polsce.

Na stronie PZPN dalej widniejesz jako skaut.
– Bo cały czas tam działam. Wiadomo, że we Francji liczba zawodników z polskimi korzeniami jest zdecydowanie mniejsza niż w Niemczech. Teraz we Francji jest pokolenie po dziadkach, którzy nie mówią po polsku i mają bardzo ograniczony kontakt z Polską, nie mając żadnych polskich dokumentów. Jak znajdujemy potencjalnego kandydata, jadę do Francji zobaczyć zawodnika, spotkać się z rodzicami, porozmawiać. W 2009 roku spotkałem się między innymi z Laurentem Koscielnym, z którym rozmawiałem o występach dla Polski.

Czyli to ty go zauważyłeś?
– W PZPN był zapisany już w momencie gry w drugiej lidze. Czekaliśmy, aż wyskoczy poziom wyżej, aby rozmowy były bardziej konkretne. Obserwowałem go na wideo w pierwszym meczu w Ligue 1, a potem na żywo w Lorient. Już wtedy zrobił na mnie duże wrażenie, temat był bardzo konkretny, ale niestety nie wypaliło.

Jak wyglądają obserwacje i rozmowy?
– Przyjechałem dzień przed meczem, spotkałem się z ojcem. Umówiliśmy się na spotkanie, on mi przedstawił sytuację rodzinną oraz opinię Laurenta, który wtedy był zainteresowany. Nie wiem jak to opisywała prasa, ale on chciał grać dla Polski. Później był mecz, obserwacja, po meczu spotkaliśmy się, na następny dzień znowu i rozmawialiśmy jak on to widzi. Wszystkie informacje przekazałem Maćkowi, on do PZPN. Później utrzymywałem kontakt z Laurentem i jego rodzicami, przekazali mi, że Francuzi też się zaczynają interesować, ważne osoby dzwonią i namawiają na Francję. Przekonywali go, że wreszcie dostanie szansę i tak się stało.

A Damien Perquis i Obraniak?
– Obraniak dostał powołanie do kadry zanim dołączyłem do sekcji monitoringu, ale z Perquisem spotkałem się i bardzo dobrze to wspominam. Zachował się bardzo profesjonalnie, był bardzo zmotywowany. Przygotował się do spotkania. on już wcześniej sam starał się o polskie obywatelstwo.

Prasę ma niezbyt dobrą w Polsce.
– Wszyscy zawodnicy z Francji, którzy grali w polskiej reprezentacji mają nienajlepszą opinię.

To zbiegło się ze złymi wynikami.
– No tak, może oni też nie zrobili wszystkiego, żeby się zintegrować z zespołem pod kątem językowym. Jednak myślę, że patrząc na Obraniaka i Perquisa to dali z siebie wszystko na boisku, szczególnie Perquis na EURO 2012 zostawił dużo serca na boisku, widać to też w filmie „Jesteś legendą”. Tam jeden z lekarzy mówił, że „farbowanym lisom” najbardziej zależało.

Z kimś jeszcze się spotkałeś?
– Z Timothée Kolodziejczakiem, który gra w Sevilli. Wtedy był zawodnikiem Lyon, gdzie grał sporadycznie w pierwszej drużynie. Jednak osoby z jego otoczenia dały mi do zrozumienia, że dziękują za zainteresowanie, ale priorytetem jest gra dla reprezentacji Francji. Nie naciskałem, bo uważam, że jeśli ktoś ma trafić do kadry Polskiej to nie tylko ze względów sportowych, ale musi też coś czuć do kraju. Był również krótki temat Vincenta Koziello, który gra w Nice.

Okej, więc jak to się stało, że zostałeś trenerem?
– Pojawiła się możliwość pracy poza piłką w Polsce więc tu się pojawiłem. Byłem w takim wieku, że trzeba było jakoś się utrzymać, a też chciałem mieszkać w Polsce. Pobyt w Warszawie tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Zaczęła się praca, ale gdzieś w tle zawsze była ta piłka. Zacząłem się dowiadywać jak mogę uzyskać uprawnienia trenerskie.

Często oglądałem mecze, treningi i mówiłem sobie: „można to zrobić inaczej”, bazując na moim doświadczeniu z Francji. Myślałem, że może warto w tym kierunku pójść. Pokazać nowe rzeczy, z mojego punktu widzenia. Ale bez odpowiednich kursów nie chciałem zaczynać pracy.

Szybko znalazłeś się w Krakowie.
– Przeprowadziłem się do dziewczyny. Zrobiłem kurs PZPN C, później UEFA B, na którym poznałem osobę, która zaproponowała mi pracę w Nadwiślanie. Kolejny etap to Juventus Soccer Schools, filia turyńskiego klubu, gdzie zacząłem swoja przygodę ze skrzatami. Pod kątem trenerskim mega doświadczenie. Mieliśmy regularny kontakt z trenerami z Włoch, którzy przyjeżdżali do Krakowa pięć razy w roku. My też mieliśmy możliwość wyjazdu do Turynu, spędziłem tam tydzień, i uważam, że bardzo wiele się w tym czasie nauczyłem.

Czym się Włosi wyróżniali?
– Ogólnie klasa światowa. Przede wszystkim podejście Juventusu do szkolenia trenerów stoi na bardzo wysokim poziomie. U nas niestety jest to jeszcze zaniedbywane. To jest bardzo ważne, Włosi robią wszystko żeby trenerzy wchodzili na wyższy poziom. Istnieje tam nawet specjalny program szkoleniowy dla trenerów, z którym się zapoznałem i uważam, że jest bardzo ciekawy. Niestety sprawy pozasportowe sprawiły, że trzeba było zlikwidować krakowski oddział. Trafiłem na początku sezonu do Akademii Sportu Płaszów, która powstała dwa lata temu i która chciała tworzyć grupę skrzatów.

I pewnie potwierdzisz, że praca z tym najmłodszymi jest specyficzna, ale bardzo ważna.
– Zupełnie inna praca, ale ze swoich obserwacji mam wrażenie, że jest to grupa, której nie poświęca się tyle czasu ile powinno. W związku z tym pomyślałem, że dobrze byłoby się rozwijać z taką grupą bo jest naprawdę dużo do zrobienia. Pokazać, że jeżeli chcemy coś fajnego osiągnąć później to trzeba zacząć od najmłodszych.

Jak to szkolenie przedszkolaków wygląda we Francji? Przyglądałeś temu?
– W Polsce jest dużo młodych zdolnych trenerów. We Francji będąc na kursie trenerskim zauważyłem, że nie wszyscy mają doświadczenie jak prowadzić grupę skrzatów lub żaków. W Krakowie potencjał jest bardzo duży. I warto pokazać, że to ważna grupa i trzeba się nią na poważnie zająć. Wisła? Wiadomo ile w Polsce znaczy. Myślę, że to, że mogę być częścią tego projektu to ciekawa perspektywa i krok do przodu, więc dla mnie to zaszczyt, że Rafał Wisłocki o mnie pomyślał.

Rozmawiał Piotr Truchlewski

 

Strona wykorzystuje pliki cookies - jeśli zgadzasz się z polityką cookies zatwierdź klikając - "akceptuję"
Akceptuję
x