Jan Kocoń: „To, że poszedłeś na trening z pierwszą drużyną niewiele znaczy”

20
Październik
2015

Autor Redakcja

Kategoria Aktualności

12827353771445

W Wiśle Kraków Jan Kocoń pokonywał każdy szczebel juniorskiej kariery by w końcu dostać się na stałe do pierwszej drużyny. W 2012 roku Michał Probierz widział w nim nawet podstawowego bramkarza Białej Gwiazdy. W tym samym czasie przytrafiła się mu pierwsza poważna kontuzja – zerwanie więzadła krzyżowego. Gdy wrócił do zdrowia jego kolano znowu nie wytrzymało i jak się później okazało do gry w piłkę na dłużej już nie wrócił. – Pomagam rodzicom prowadzić firmę, studiuję, także teraz nie mam nawet czasu myśleć o tych kontuzjach i co by było gdyby – mówi w rozmowie z nami.

Ile łącznie miałeś kontuzji?
– Tylko dwie, ale to były dwie najcięższe kontuzje, jakie mogąc spotkać sportowca. Dwukrotnie zerwałem więzadło krzyżowe w tym samym kolanie. Za pierwszym razem wydarzyło się to za kadencji trenera Michała Probierza. Miałem siedem miesięcy absencji, przyszedł trener Smuda i było ciśnienie, żeby wrócić szybciej. Potem podczas okresu przygotowawczego się to powtórzyło.

Wcześniej nie miałeś żadnych problemów ze zdrowiem?
– Nie, kompletnie. To był rozruch przed meczem z Jagiellonią Białystok w Młodej Ekstraklasie. Niestety źle upadłem i kolano strzeliło. Myślałem, że minie pół roku i wrócę. Będąc wtedy w pierwszej drużynie, wiedziałem już jak to wygląda i to mnie mobilizowało. Do tego cały sztab medyczny, który wspiera cię i pomaga wrócić do zdrowia. Rozmawialiśmy dużo i byłem przekonany, że jestem gotowy. Zaczął się mocny okres przygotowawczy, ja jak na bramkarza bardzo dużo biegałem i na jednym z treningów sytuacja się powtórzyła.

Kontuzja trafiła ci się w bardzo złym momencie. Mówiło się wtedy, że Probierz szykował cię na pierwszego bramkarza.
– Też o tym słyszałem, ale to jest sport i trzeba się liczyć, że takie rzeczy się zdarzają. Niestety mnie w najgorszym momencie.

Co młody zawodnik, stojący przed sporą szansą i doznający w takim momencie kontuzji czuje?
– Na pewno uczy się pokory. To, że poszedłeś na trening z pierwszą drużyną niewiele znaczy.

Mówisz o tym spokojnie. Dużo było wcześniej żalu?
– To już chyba minęło. Poszedłem na studia, trochę pracuję i staram się nie myśleć o tym. Wiadomo, to już było i nie ukrywam, że było bardzo ciężko. Jeżeli ma się przed sobą taką szansę i się ją traci przez kontuzję… Każdy chłopak, który się znajduje w Wiśle Kraków marzy o debiucie w pierwszej drużynie.

Po drugiej kontuzji wróciłeś do gry w rezerwach. Zagrałeś trzy mecze, dwa z nich na zero z tyłu.
– Szczerze mówiąc byłem zadowolony z tych meczów, bo były to moje pierwsze, nie licząc sparingów, występy po praktycznie dwóch latach. Jednak wraz z rodzicami podjąłem decyzję, że jest zbyt duże ryzyko odnowienia kontuzji. Miałem tę alternatywę, że mogłem iść na studia i zająłem się czymś innym.

Studia w kierunku piłki?
– Myślałem o tym, ale wolałem coś innego po prostu. Siedziałem w tym od małego, chciałem jakąś odskocznię. Do czegoś, co mnie równie bardzo interesuje. Studiuję w Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Zarządzania.

Kiedyś w rozmowie z oficjalną stroną Wisły wspominałeś właśnie, że stanąłeś przed wyborem: studia albo piłka.
– Było tak! Ale potem, wynikło to też z rozmowy z rodzicami, podjęliśmy decyzję, że warto mieć przygotowany plan B – polecam to każdemu. Na studia poszedłem od razu po maturze. Gdy jeszcze grałem miałem indywidualny tok nauczania, prowadzący zajęcia pomagali mi bym mógł łączyć jedno z drugim.

Z łatwością jednak piłki nie rzuciłeś.
– Jeżeli całe życie poświęcasz by grać wysoko, to nigdy takie decyzje nie będą łatwe. Tę swoją podejmowałem długo, były momenty, że chciałem wrócić, ale musiałem w stu procentach postawić na jedno i wybrałem inną rodzaj kariery. Niedosyt pozostaje, bo kochałem to, co robiłem i pewnie będzie mi on towarzyszył do końca życia. Wychodzę jednak z założenia, że nie można jednak rozpaczać. Trzeba robić wszystko, żeby się rozwijać, nawet jeśli niekoniecznie w piłce. Odrzucić od siebie myślenie typu „przecież miałem być piłkarzem”, bo mając to ciągle w głowie nigdy nie będziesz w czymś dobry.

Co ci zapadło w pamięci jeśli chodzi o twoje początki w – wtedy jeszcze – Szkółce Piłkarskiej Wisły?
– Zaczynałem jak każdy u trenera Stanisława Chemicza. Oprócz podstaw piłkarskich, wychował też wielu zawodników pod względem kultury do drugiego człowieka. Można powiedzieć, że w jakiś sposób przygotował do życia poza piłką. Co było mega fajne? Jeździliśmy na bardzo dużo turniejów, zwiedzieliśmy prawie pół Europy. To było coś.

Foto: wisla.krakow.pl

 

Strona wykorzystuje pliki cookies - jeśli zgadzasz się z polityką cookies zatwierdź klikając - "akceptuję"
Akceptuję
x